Mam plan na fun!

Nie sądziłam, że tak szybko nadejdzie ten wiekopomny moment, gdy przerobimy wszystkie zabawki erotyczne z szafy i połowę porno w sieci. W ciągu miesiąca zapoznałam się z niemal każdą kategorią seks filmików, którą podsuwał mi mój napalony mężczyzna. I tu muszę przyznać -  Wiktor ma wyjątkowo wysublimowany gust. Podobnie jak ja ubóstwia niskobudżetówki z dużą ilością spermy i wieloma „gwiazdami” na raz. Czekając na mnie w sypialni, aż skończę demakijaż i nagusieńka wbiję się do łóżka, wybierał kolejne kino erotycznej akcji do wspólnego seansu. Podniecałam się już osuszając włosy ręcznikiem i myśląc, jak szybko jego napęczniały penis znajdzie się w moim ciepłym wnętrzu. Ta zabawa, podczas której naśladujemy wszystko to, co dzieje się na ekranie telewizora jest od niedawna moim ulubionym sposobem spędzenia chłodnych, jesiennych nocy. Znalazłam idealną metodę na rozgrzanie ciała i całej duszy jednocześnie…

 

Do sypialni wkroczyłam odziana jedynie w prześwitujący szlafroczek z białej, cieniutkiej dzianiny. Wiktor aż oblizał się na mój widok. Moje opalone, gładkie jak lustro, pokryte kokosowym olejkiem ciało aż błyszczało w w bladym świetle nocnej lampki. Sterczące sutki figlarnie przedzierały się przez małe oczka luźnej koronki, a mokra jak marzenie brzoskwinka tylko czekała, by jego okolone miękkim zarostem usta zakosztowały w jej słodyczy. Uśmiechnęłam się niewinnie i wstydliwie. Spuszczając spojrzenie w dół, nakierowałam swoje wiotkie palce na otulający nagie ramiona materiał. Opierając się o próg, zsunęłam powoli dzianinowy szlafroczek, a ten z gracją opadł na moje stopy. Znów skierowałam spojrzenie na mojego lubego – tak jak się tego spodziewałam, wielki, różowy penis dumnie pęczniał w jego dłoni. Przymykając powieki, bawił się nim powoli i delikatnie… zupełnie jakby obawiał się, że za moment eksploduje. A kto by chciał nasycić się przystawką, gdy liczy na dobre danie główne.
- Nie przestawaj… – szepnął chrypliwym głosem.
Nie wiedział, głupiutki, że wcale nie zamierzałam. Po natłuszczonej skórze moje palce sunęły z łatwością. Ciepłe opuszki zatoczyły kręgi wokół jędrnych, sterczących piersi, przyszczypnęły sutki i łagodnie wsunęły się między uda. Cholera… byłam zalana własnymi soczkami. Mógłby teraz wejść we mnie jak nóż w ciepłe masło. Zadrżałam. Pragnęłam posiąść go brutalnie i szybko, właśnie teraz, właśnie w tej chwili. A kiedy Weronika czegoś chce, Weronika po prostu to bierze. Wiktor nie zaprotestował, gdy niemal okrakiem wskoczyłam na materac i nabiłam się na jego sterczącego drąga bez zbędnych czułości. Nie miałam ochoty na „kochanie się” – raczej na ostre pieprzenie z całą gamą bluzgów i kępką wyrwanych włosów. Dosiadłam go na jeźdźca głęboko i szczelnie zacisnęłam wokół niego mięśnie kegla. Gdy tylko ruszyłam do galopu, po prostu zawył z rozkoszy. Ułożył swoje szerokie dłonie na moich podskakujących w szaleńczym rytmie pośladkach i pozwolił mi przejąć pełną kontrolę nad wspólną przyjemnością. Nabierałam tempa i powietrza w płuca, przygotowując się na ostateczny krzyk…

 

Och, tak! Wrzeszczałam tak głośno, że gdybym mieszkała w bloku, sąsiedzi wezwaliby policję i opiekę społeczną jednocześnie. Ale było mi szalenie dobrze, gdy jego nasienie uderzało we mnie obfitym wystrzałem. Uwielbiam czuć go w sobie, gdy szczytuje.

 

CDN.

Pobierzmy się przed śniadaniem…

Najcudowniejsze poranki to te, gdy budzę się lepka od potu, z rozwichrzonymi włosami i cała pachnę jego spermą. W tak dziwnej pozycji, przyznam szczerze, jeszcze nie zdarzyło mi się obudzić. Kochaliśmy się całą noc. Ba! Właściwie to rżnęliśmy się jak para wyposzczonych nastolatków. Tyle było w nas werwy, energii, pożądania… tamtej nocy przestaliśmy liczyć nasze orgazmy. Nie miało to większego znaczenia – sam fakt swobodnego bycia ze sobą napawał nas maksimum rozkoszy. Robiliśmy to na podłodze, na kuchennym blacie, na schodach, w łazience, aż wreszcie dotarliśmy do łóżka. Byłam tak zmęczona, że bezwładnie opadłam na miękki materac. Wiktor nasunął się na mnie i głęboko pocałował… tam na dole. Zupełnie obojętny był mu fakt, że moja mała była pełna jego nektaru. Nigdy wcześniej tego nie próbował. Najwidoczniej tak bardzo mu zasmakowało, że zaserwował mi jeszcze jeden, bardzo powolny i namiętny orgazm. Jego języczek świdrował mnie od środka. Potem skupił się na łechtaczce, a jego miejsce zajął gibki paluszek, pieszcząc mnie idealnie w tym najczulszym punkcie… Ledwo krzyknęłam z rozkoszy, jego głowa opadła na moje łono. I tak już zostało – obudziliśmy się dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej zakończyliśmy nocne igraszki. Przeciągnęłam się mocno i subtelnie zakręciłam kosmyk jego włosów wokół palca. Przekręcił się, otworzył powieki i spojrzał na mnie zaspanymi oczętami, wyduszając z siebie:
- Cześć księżniczko!
Uśmiechnęłam się kokieteryjnie, wysmykując swoje biodra spod jego głowy.
- Cześć księciuniu. Jesteś głodny?
- Ciebie? Zawsze! – wymruczał, przysuwając się bliżej mojego nagiego ciała.
Poczucie humoru nigdy go nie opuszczało.
- Miałam na myśli coś bardziej przyziemnego – bekon, smażone jajka, kiełbaski, fasolka, tosty… co ty na to?
Klasyczne „english breakfast” to jest to, za czym oboje bezwzględnie przepadamy. Ze względu na dość sporą kaloryczność, pozwalamy sobie na nie jedynie w wyjątkowych chwilach. Myślę, że ten poranek, można do niego zaliczyć z pełnym zrozumieniem.
- Skarbie… – zaskomlał mi do ucha – pobierzmy się. Jeszcze przed śniadaniem!
Moje oczy przybrały rozmiar pięciozłotówek.
- Wiktor… czy Ty…
- Nie, głuptasie. Nie oświadczam się. Spójrz… jestem całkowicie nagi. Skąd miałbym wyciągnąć pierścionek? Chyba nie myślisz że z…
- Dobra! Dobra! Nie kończ.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Chciałem ci tylko powiedzieć, że Cię kocham. Nic się nie zmieniło.
- A może jednak wszystko…
- Co masz na myśli, Wera?
Wstrzymałam oddech, a po kilku sekundach wypuściłam powietrze ze świstem.
- Wszystko jest inaczej. Wreszcie zrozumiałam, że pomimo wszystko pragnę Ciebie, a wszystkie inne przygody to tylko… przygody, epizody, krótkie fraszki.
Zabrakło mi tchu i urwałam swoją wypowiedź. Rozczulony Wiktor objął mnie ramieniem i delikatnie ucałował w czubek głowy.
- Wszystko będzie dobrze… – szepnął.
- Wiem.
- … dopóki jesteśmy razem.

Weronika.

Ssij go, suko!

Taksówkarz gnał jak szalony, przez objazdy, okrężne drogi, czasem pobocza. Ale dzięki jego brawurze, już w pół godziny po opuszczeniu szpitala znalazłam się we własnym domu. Wiktor wniósł moje rzeczy do przedpokoju, a ja od razu otworzyłam okna wychodzące na ogród w salonie i w kuchni. Cały dom wymagał gruntownego wysprzątania i przewietrzenia. Na meblach o wysokim połysku pojawiła się irytująca mgiełka z kurzu. Nastawiłam wodę na herbatę, zarzuciłam na siebie fartuszek i dzierżąc w dłoni ściereczkę oraz spray do pielęgnacji mebli, ruszyłam na wojnę z roztoczami. Niestety, w progu powstrzymała mnie silna ręka Wiktora. Czyli ucieczka od trudnej rozmowy nie jest możliwa, nawet w imię wyimaginowanych porządków…
- Weronika… – zaczął niepewnie – możemy usiąść i pogadać?
- Jasne. – odparłam, wskazując mu miejsce na kanapie.
Sama odłożyłam sprzęty czyszczące i przysiadłam w pewnej odległości od niego. O ile w szpitalu mogłam bawić się bez zobowiązań, o tyle wracając do niegdyś wspólnego domu, zrobiło się przerażająco poważnie. A ja – nie ukrywajmy – w zobowiązywaniu się do czegokolwiek mistrzynią nie jestem. Cenię sobie wolność. I taki… taki wewnętrzny luz. Nie muszę się nikomu tłumaczyć, nikt mnie nie karci i nie ocenia. Jest mi wspaniale!

No dobra, niech Wam będzie. Nie jest. Siebie mogę okłamywać, ale Was, zdaję się, że po pierwsze nie powinnam, a po drugie – nie ma sensu. Znacie przecież najlepiej drzemiące we mnie demony i z łatwością możecie żonglować prawdziwymi faktami o mnie. Dlatego wyznam wprost – chcę kochać i być kochaną. To taka najbardziej podstawowa z naturalnych potrzeb człowieka, zaraz obok pożywienia, snu i poczucia bezpieczeństwa. Nie potrafię budzić się sama w łóżku, a spontaniczny, przygodny seks nie jest w stanie wypełnić tej luki w moim sercu… życiu… w moim poczuciu spełnienia. Ale czy istnieje na świecie facet, który pokocha mnie taką, jaką jestem? Bez zazdrości i wymówek? Bez nazywania mnie „złym materiałem na życiową partnerkę, żonę i matkę”?

Jest. I siedzi właśnie tuż obok mnie.

- Weronika?
- Tak?
- Czy ty w ogóle mnie słuchasz?
- Tak!
- Nie sądzę.
- …
- Co mówiłem?
- Yyyym…
- No właśnie! Nie masz pojęcia. Proszę, czy ty zawsze musisz…
- Wiktor! – zbliżyłam się, mocno łapiąc jego dłoń. – Cokolwiek teraz mówiłeś, to jest nieważne.
- Jak zawsze, tylko twoje zdanie. Jak zawsze, tylko twoje potrzeby. Jak zawsze…
Chwyciłam jego ramiona i mocno pocałowałam w wykrzywione od gniewu usta. Zmiękł niczym nadziewana czekoladka w moich ustach. Znów stał się spokojny i lekki jak piórko.
- Wiktor – zaczęłam szeptem – jeżeli w tym momencie chcesz mi powiedzieć coś innego, niż „kocham cię, tęskniłem, będę pieprzyć cię całą noc tak mocno, że twoje krzyki usłyszą na drugim końcu miasta”, to po prostu odpuść mi na dziś te poważne rozmowy. Nie chcę teraz tych tłumaczeń, oskarżeń… czegokolwiek, co ci ślina na język przynosi. Chcę twojego ciała – silnego i spoconego. Twojego twardego kutasa pomiędzy moimi mokrymi udami i słonej spermy na mojej twarzy. Rozumiesz mnie? Pragnę cię… pragnę, byś zrobił ze mnie swoją prywatną dziwkę i potraktował z wyrazami kompletnego braku szacunku. Brakuje mi tego. Brakuje mi ciebie! Brakuje…

Mój policzek ostro zapiekł, pod wpływem wymierzonego weń ciosu z otwartej dłoni. Spoliczkował mnie. A chwilę potem szarpnął za włosy tak mocno, że zagubiona we własnych krzykach, upadłam na kolana przed nim. Wciąż tarmosząc mnie za niedbały kucyk, rozpiął rozporek i uwolnił drzemiącą pod nim bestię, głodną najbardziej sprośnych historii, których jeszcze nie widziały ściany tego salonu.
- Ssij go, suko… – wymruczał mi do ucha.
A potem wbił go w moje usta tak nachalnie i głęboko, że na kilka sekund straciłam oddech. Zakrztusiłam się, gdy jego twardy członek zablokował moje gardło i podrażnił zaciśnięte wokół niego migdałki. Dopiero gdy pozbawione władzy usta zsiniały, a paznokcie w samoobronie zadrapały jego uda do krwi, pozwolił mi zaczerpnąć nieco powietrza. Wciąż jednak zmuszał mnie do bardzo głębokiego orala, na którego kompletnie nie byłam gotowa. Penetrował moje wargi z dzikim uśmiechem sadystycznej satysfakcji na twarzy. Może jestem odrobinę chora… ale cholernie kręcił mnie ten widok. Jego gruby, masywny penis wciąż pęczniał pomiędzy moimi policzkami. Byłam pewna, że za chwilę eksploduje, a ja uduszę się pod wpływem wodospadu gęstej i lepiej spermy, wystrzeliwującej wprost do mojej krtani. Im bardziej okazywałam mu swoją bezradność i niepewność sytuacji, tym bardziej się podniecał i tym łapczywiej nasycał ciepłem mojego zwinnego języczka. Nagle odsapnął ciężko i rozluźnił uścisk, odchylając głowę do góry. Zwolniłam więc tempo pieszczot i zaczęłam zabawiać się jedynie jego nabrzmiałą główką. Myślałam, że lada moment eksploduje w moich ustach. Ale Wiktor miał znacznie sprytniejszy plan. Chwycił mnie ponownie za włosy, odchylił głowę do tyłu i… dopiero wtedy wybuchnął. Wprost na moją twarz. Po powiekach, policzkach i wpół rozwartych ustach spłynęły grube stróżki ciepłego, kremowego nektaru. Ciężkie krople powoli kapały na dekolt, brudząc moją bluzkę, zalewając fartuszek. Musiałam wyglądać jak ofiara gwałtu oralnego. Nie wiem na ile to podniecający widok, ale mój pan był zadowolony. Do tego stopnia, że pogładził mnie po głowie i… wetknął go w moje usta po raz drugi.

Smakował jak zawsze – wyjątkowo.

 

Weronika

Problemy? Najlepiej, gdy rozwiążą się same!

Z Wiktorem spędziłam wtedy mnóstwo czasu. Wiecie… czułam się tak, jak gdybym poznawała go na nowo. Cieszyły nas najprostsze opowieści o życiu codziennym, podniecały ulubione programy telewizyjne, do cna rozpalały sprośne, czasem mało śmieszne żarciki, krzyżówki, książki i… drobne przyjemności, sprawiane sobie wtedy, gdy nikt z personelu szpitala akurat nie był w pobliżu. Obojgu było nam znacznie lepiej i dlatego poprosiliśmy o wcześniejszy wypis, dokładnie w tym samym terminie. Przez ten czas mój kontakt z Michałem ograniczył się do serdecznych rozmów o moim stanie zdrowia, jedynie przez telefon. Zbyt długo pracował, by zdążyć mnie odwiedzić o ludzkiej porze, podczas której podstarzała oddziałowa nie zwymyślałaby go od najgorszych. Szczerze cieszyłam się z takiego obrotu sprawy. Nie chciałam go widzieć, zwłaszcza po tym, co zaszło wtedy pomiędzy mną a Wiktorem. To byłoby nie fair wobec niego. Mimo wszystkich niesnasek, które wypełniły naszą codzienność, zasługiwał na solidne wyjaśnienia i wyklarowanie tematu. Dlatego też pełna nadziei na szczerą rozmowę tuż po opuszczeniu placówki, zadzwoniłam do niego z propozycją podrzucenia mnie do domu i pozostania tam na jakiś czas. Najlepiej przecież zaparzyć odprężającej herbatki z rumianku i delektując się jej łagodnym smakiem, wyrzucić z siebie wszystkie problemy, zaprzątające dorosłe umysły. Jego odpowiedź nie pozostawiła mi żadnych wątpliwości.
- Wyprowadziłem się, Wera.
- Ale… zaraz… jak to?
- No zabrałem resztę rzeczy od ciebie. Wiem co się dzieje z tobą i twoim byłym. Przecież nie jestem ślepy.
- Michał, ja… – zająknęłam się zawstydzona.
- Daj spokój. To ja pchnąłem cię w jego ramiona. I ja nie byłem z tobą szczery. No… poznałem kogoś i z tym kimś chyba…
- Co, chyba?
- No chyba chcę być, wiesz? To się stało jeszcze zanim Wiktor wrócił. Broniłem się jak cholera, ale to mnie przerosło. Ty szukasz jeszcze zabawy, a ja chciałbym wziąć ślub i mieć dziecko. Ty nie jesteś żoną, tylko wspaniałą przyjaciółką i ognistą kochanką. Powiedz mi, że się mylę i marzy ci się najbliższych kilka lat w pieluchach. Zabawiliśmy się świetnie, ale to nie jest to.
- I tak po prostu mówisz mi o tym przez telefon?
- Wiem, że zachowuję się jak tchórz, ale jeszcze nie umiem spojrzeć ci w oczy. Proszę, zamów taksówkę. Na razie!
No cóż… jeszcze nikt nigdy nie olał mnie w podobny sposób. Byłam jednak w 100% świadoma, że – a – zasłużyłam sobie na to – b- dobrze się stało – c – najwidoczniej musiało do tego dojść, skoro doszło. Nie powiem jednak, że nie poczułam w sercu ogromnej pustki. Z Michałem spędziłam naprawdę cudowne chwile i chyba już nigdy nie wymażę ich z pamięci. Teraz, przez jakiś, czas znów zaznam jarzma samotności. Minie jeszcze sporo czasu, zanim zaufam Wiktorowi, o ile to w ogóle jest możliwe. Oboje ciągniemy za sobą olbrzymi bagaż doświadczeń, który można wykorzystać jako fundament lub budulec niemego muru między nami. Patrząc jednak na jego zachowanie wywnioskowałam, że chodzi mu o to pierwsze.
- Gotowa? – uśmiechnął się, wkraczając dziarskim krokiem do mojej sali.
- Na co?
- Pozwoliłem sobie zamówić nam taksówkę. Z chęcią podrzucę cię do domu.
- Z nieba mi spadłeś! – uśmiechnęłam się serdecznie, rozpływając się jak za dawnych lat w blasku jego oczu.
Nie odpowiedział. Ujął tylko ramię mojej walizki i pogwizdując motyw z „króla lwa” opuścił moją salę. Wzięłam głęboki oddech…
Weronika

Panaceum = ciepłe, kobiece usta

Znalazłam go kilka pokojów dalej, bardzo późnym wieczorem. Spał niczym słodki, mały chłopiec, spocony, udręczony wysoką temperaturą, opierającą się medycznym próbom jej obniżenia. Miał ten cudowny, błogi uśmiech… Zawsze uśmiechał się przez sen.
Korzystając z okazji, że jest sam na sali, przysiadłam na rogu łóżka i mocno ścisnęłam jego dłoń. Nie obudził się. Wymamrotał przez sen kilka przedziwnie brzmiących słów i ponownie zapadł w farmakologiczny letarg. Niezrażona kompletnym brakiem świadomości Wiktora, przyłożyłam usta do jego spoconego czoła. Pachniał jak zawsze – ulubionym zapachem Diora, przełamanym nutą pościelowego krochmalu i środków do dezynfekcji. Milszy mi niż kiedykolwiek. Cały mój.
Prawdę mówiąc, stęskniłam się za nim i za jego ciałem, za spokojnym oddechem, który otulał moją szyję każdej nocy, za nieskładnymi zdaniami szeptanymi przez zaspane usta, za każdą wspólną chwilą, pełną romantycznych uniesień.

Gładziłam go po twarzy cicho i delikatnie. Mój oddech przyspieszał i wibrował, im głębiej moje palce zagłębiały się w jego elegancko przystrzyżonym zaroście. Mój ukochany, mój jedyny… Pomimo tylu burz w naszym życiu, moje uczucia do Ciebie wciąż jaśnieją słonecznymi promieniami. Nikt nigdy nie zajął Twojego miejsca w moim życiu. Jesteśmy dla siebie stworzeni.

 

Nie mogłam się powstrzymać – pochyliłam mocno całą sylwetkę i opierając ciężar ciała na ułożonych po obu stronach poduszki dłoniach, pocałowałam jego dziecięco wydęte usteczka. Przywarłam do nich i muskałam zaledwie krańcami swoich ust, aby chwilę potem pieścić ich ciepłą czerwień subtelnymi muśnięciami języka.

 

Zdecydowanie brak mi silnej woli. Odchyliłam cieniutką derkę, którą był nakryty i wsunęłam swoją dłoń pod luźną, białą koszulkę. Spragnione palce natychmiast natrafiły na muskularny brzuszek i twardy jak skała tors… Poezja. Wiktor posiada lepsze ciało niż niejeden fotomodel. Gładka skóra, a mięśnie twarde jak stal.

 

Spod koszulki droga pod spodenki wydała mi się bardzo krótka – i rzeczywiście taka była. Wsunęłam swoją ciepłą, lekką, kobiecą dłoń pod luźny fragment bielizny i poczułam go całego. W ułamku sekundy spęczniał i stwardniał w mojej dłoni. To zupełnie tak, jak gdyby jego ciało zapraszało mnie do zabawy, podczas gdy umysł pozostawał nieprzytomny. Nawet nie drgnął, gdy zsuwałam z niego bokserki, a potem, lubieżnie oblizując usta, zbliżyłam do niego ciepłą twarz.

 

Mmmm… Feeria smaków wypełniła moje usta ciasno i szczelnie, aż po same migdałki. Dając upust swojemu nieposkromionemu apetytowi, nieomal zakrztusiłam się nabrzmiałym koniuszkiem jego penisa. Zakaszlałam cicho, żeby nie budząc go, móc kontynuować swoje dzieło. Naprowadziłam na ciepłe uda swoją lewą dłoń i delikatnie masowałam każdy skrawek wrażliwej skóry. Prawą zaś podtrzymywałam obfity trzon jego męskości, tak, by nie wyślizgnęła się z moich ociekających ciepłą śliną usteczek. Trzymając go głęboko w ustach doskonale wyczuwałam każde drgnięcie poziomu temperatury jego ciała. Paradoksalnie zdawało mi się, że nie jest już taki rozgrzany, jak na początku i nawet spokojniej oddycha. Kontynuowałam smakowitą pieszczotę, nie oszczędzając swojego języczka. Otaczałam jego wilgotnym koniuszkiem różową główkę, delektując się wypływającym z jej szczytu soczkiem. Był to jednak dopiero aperitif, ja zaś nabrałam ogromnej ochoty na sute danie główne.

 

Jego oddech znów przyspieszył, a każdy mięsień naprężył się jak struna. Nie przestając ssać go i całować, zerknęłam kątem oka na jego twarz. Oczy miał otwarte, podobnie jak usta – zastygłe w niemym krzyku spełnienia. Moje policzki hojnie wypełniły się słodkim nektarem rozkoszy. Przełknęłam spermę, patrząc głęboko w jego oczy.
- Nie spałeś…
- W rzeczy samej.
- To dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Miałbym zepsuć sobie zabawę? – uśmiechnął się zawadiacko.
Chociaż tyle lat spędziliśmy jako para, zawstydziłam się odrobinę.
- Jak się czujesz?
- Wspaniale. Najlepiej na świecie.
- Ale pytam o Twoje samopoczucie… rozumiesz… gorączka…

- Wciąż najlepiej na świecie.

Z blaskiem w oczach ujął moją dłoń.
- Jest mi dobrze jak nigdy w życiu.

Weronika

Wyjątkowo skuteczna terapia

Doktor M pozbawił się marynarki… Niestety tylko marynarki. Na gustowną, łososiową koszulę nałożył śnieżnobiały kitel i pewnym ruchem dłoni wskazał mi stojącą tuż przy oknie leżankę.
- Proszę się położyć i pokazać mi tą wysypkę, pani…
- Weroniko. Nazywam się Weronika Jowska.
- Bardzo mi miło, ja jestem Miłosz M.
- Mi również jest bardzo miło – bąknęłam zażenowana – zwłaszcza, że doktor zgodził się mnie przyjąć już po godzinach pracy.
Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, obnażając przede mną rządek śnieżnobiałych zębów.
- Drobiazg. Praca lekarza to przede wszystkim służba ludziom, nie tylko w godzinach pracy.
Mówiąc to wcale nie emanował dumą i pewnością siebie. Wręcz przeciwnie. Biła od niego wrodzona skromność i przyjemne ciepło, w którym aż chciałoby się zanurzyć.
- Pięknie powiedziane! – przyznałam, kładąc się na łóżku i rozchylając poły miękkiego szlafroka.
Gotowa na wizytę w gabinecie, miałam na sobie wyłącznie komplet fikuśnej bielizny w kolorze malinowym. Na muśniętym słońcem, wysportowanym ciele wyglądała ona zapewne całkiem kusząco, gdyż oczy doktorka zrobiły się wielkie i błyszczące niczym świeżo wybite pięciozłotówki.
Przyglądał mi się uważnie i delikatnie przesuwał opuszkami palców po chropowatej powierzchni mojego brzucha.
- Rzeczywiście, wygląda jak uczulenie na środki piorące. Posmaruję to maścią i wypiszę receptę na całe opakowanie dla pani. Dobrze by było, gdyby ktoś z rodziny podrzucił pani komplet pościeli. Ta szpitalna… wiem, jest okropna.
- Wszystko załatwię. Bałam się, że to coś poważnego.
Mój głos był drżący, niemal wibrował, zlewając się z cichym szelestem liści za oknem. Całe ciało płonęło żywym ogniem, a pomiędzy moimi udami wylewał się mały wodospad podniecenia. Gdyby tylko zawędrował tam języczkiem… Ach! Tymczasem mężczyzna świdrował mnie wzrokiem, nie przestając się przy tym gładzić mojej skóry, znacznie dłużej, niż było to właściwie konieczne do postawienia diagnozy. To była czysta ekscytacja – od pierwszego spojrzenia. Cokolwiek miał w sobie, onieśmielał mnie jak żaden inny facet. Do tej pory to ja wodziłam na pokuszenie. Cóż za odmiana, że teraz to ja jestem wodzona i biegnę za jego wzrokiem niczym osiołek za podwieszoną na postronku marchewką. Marzyłam o nim. Cholernie o nim marzyłam.

Doktor odwrócił się na chwilę i wydobył ze stojącej nieopodal szafki białe pudełko z tłustą maścią. Nałożył na palce odrobinę i delikatnie rozsmarował lek na powierzchni zajętej przez wysypkę.
- Czy gdzieś jeszcze ma pani te krostki?
- Owszem. – zarumieniłam się. – Tutaj…
Szczęśliwie (i nieszczęśliwie) uczulenie zajęłą także moje plecy. Dzięki temu mogłam zaprezentować młodemu specjaliście swoje kształtne pośladki, otulone półprzezroczystą koronką. Kątem oka dostrzegłam, jak nerwowo zaciska pięści. Myśląc, że nic nie zauważę, dyskretnie poprawił swój rozporek. Był to dla mnie jasny znak, że działam na jego fizjologię. Jako medyk z pewnością wie, że z odruchami nie należy walczyć.
Nagie plecy pokryły się hojną warstwą specyfiku, ale doktorek nie zamierzał kończyć swojej gry. Zbyt mocno pragnął mnie dotykać, by pozwolić mi odejść bez odrobiny namiętności. W milczeniu obserwował moje reakcje, sunąc palcami coraz bardziej w dół… i w dół… i w dół…
Nie wyobrażacie sobie, jak głośno dyszałam, gdy masował moje pośladki. Ugniatał je i ściskał, rozchylając przy tym wargi i oblizując je w ten szaleńczo seksowny sposób. Pragnął ich. Pragnął zanurzyć swoją sztywną męskość pomiędzy te dwie sprężyste bułeczki i już nie opuścić mojej jamki, aż po kres rozkoszy. O mamo, uwielbiłam go w tej jednej chwili, gdy odsunął fragment koronki i pogładził opuszkami moją wyjątkowo soczystą brzoskwinkę. Zanurzył w niej swoje palce i pieścił – głęboko, delikatnie. Z moich ust wyrwał się pierwszy jęk. Jeszcze tylko minuta i zwinę się w kłębek, miotana konwulsyjnym orgazmem. Jeszcze 30 sekund…

Nagle oderwał się ode mnie jak oparzony.
- Pani Weroniko… ja… przepraszam… – jąkał się. – Nie wiem co mi odbiło.
Natychmiast uniosłam się z leżanki i ruszyłam w jego stronę. Gdy zbliżałam się z rozszalałym od podniecenia wzrokiem, on uciekał pod ścianę. Aż wreszcie został przyparty do muru i skutecznie odcięłam go od drogi ucieczki.
- To nie powinno było się stać… Jesteśmy w szpitalu. Pani jest pacjentką…
- Ciii… – położyłam mu palec na ustach. Kiedy przestał mówić, delikatnie pogładziłam go po policzku.
- Pocałowałabym teraz pana, panie doktorze, ale jestem chora i nie chcę pana zarazić. Ale wrócę tu. I wtedy dokończymy to, czego oboje chcemy, a do czego nie jest się pan w stanie przyznać.
Takich słów z pewnością się nie spodziewał.
- Dziękuję za pomoc. – wyszeptałam słodko, biorąc receptę z jego biurka i zawiązując szlafrok. Na pożegnanie podeszłam do niego, milczącego i zszokowanego, podnosząc jego dłoń ku moim ustom. Objęłam wargami jego wskazujący palec i oblizałam go w taki sposób, że wykrzywił się w rozkosznym grymasie, jak gdyby właśnie dochodził, gdy ja na klęczkach…
- Do zobaczenia… – wyjęczałam mu do ucha.

Gdy wychodziłam, wciąż stał pod ścianą z zamkniętymi oczami.

 

Weronika

Seksowny doktorek na celowniku

Nie ma nic gorszego, niż upalny, letni dzień na oddziale zakaźnym. No, chyba że ktoś lubi zapachy środków do dezynfekcji i mocno wykrochmalonej pościeli. Moja kołdra była tak twarda i szorstka, że nad ranem obudziłam się pokryta czerwonymi plamami i swędzącą wysypką. W czymkolwiek piorą te rzeczy, powinni zmniejszyć ilość stosowanych chemikaliów. Postanowiłam jednak poradzić sobie z problemem na własną rękę i gdy tylko odłączono moją kroplówkę, pobiegłam pod prysznic.

Mawiają, że zimna woda zdrowia doda – ale niekoniecznie, gdy rozpala Cię gorączka i jedyne, o czym marzysz, to zasnąć na kilka dni. Po lodowatym prysznicu dochodziłam do siebie przez najbliższe 2 godziny. Niestety plamy na moim ciele ani myślały zblednąć. Właściwie stawały się coraz gorsze. Tak więc gdy tylko poczułam się nieco lepiej, ruszyłam korytarzem w stronę pielęgniarskiej dyżurki. Fakt – chciałam wreszcie otworzyć usta do jakiegokolwiek człowieka. Leżałam samotnie na sali już ponad dobę.

Zapukałam delikatnie do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Zrobiłam to ponownie, używając znacznie więcej mocy.
- Wejść!
Uchyliłam drzwi i od razu mój nos uderzył zapach parzonej kawy i tłustych pączków.
- Czego? – ofuknęła mnie gruba oddziałowa, nie patrząc nawet w moim kierunku.
- Siostro, mam chyba na coś uczulenie… – zaczęłam cienkim głosikiem.
- A skąd wiesz, że masz uczulenie?
- Na moim ciele… wysypka. Jest wszędzie. I strasznie swędzi.
Posłała mi zdziwione spojrzenie, wyrażające całkowity brak zainteresowania.
- Od kiedy? – zapytała, ładując do ust kolejny kęs lukrowanego pączka. Poprzedni był chyba z cukrem pudrem, sądząc po ilości białego pyłu pod nosem. Chyba że dla relaksu wciąga się tu kokainę.
- Od dzisiaj. Dziś zauważyłam to na swoim ciele.
- Swędzi?
- Jak diabli.
- Nie wolno drapać.
Przerzuciła stronę gazety.
- I to tyle? – zapytałam podenerwowana ostentacyjnym brakiem jej uwagi.
- No, a co ja ci mogę kochaniutka zrobić? Lekarzem nie jestem.
Sfrustrowana odwróciłam się na pięcie i zamknęłam drzwi, głośno trzaskając. Prawie usłyszałam, jak jej tłuste usteczka wykrzywiają się w złośliwym grymasie. Moją uwagę szybko przykuł napis na przeciwległych drzwiach – gabinet lekarski. Postanowiłam więc poszukać pomocy w innym miejscu. Zapukałam i powolnym ruchem dłoni chwyciłam za klamkę. Za stolikiem siedział zgarbiony dziadek, którego wąsy całkowicie przysłaniały górną wargę. Wyglądał jak świstak, bardzo otyły świstak. To malutkie krzesełko aż uginało się pod ciężarem jego opasłego cielska.
- Pani do mnie?
- Tak… panie doktorze.
- Coś się dzieje?
Wreszcie ktoś okazał zainteresowanie moim stanem.
- Tak. Mam wysypkę na całym ciele. Strasznie swędzi. Zaraz oszaleję!
- Hmm… – zastanowił się, drapiąc przydługimi paznokciami po łysiejącej czuprynie. – To na dermatologię trzeba.
- Gdzie?
- Na der-ma-to-lo-gię! – przesylabował głośno i wyraźnie, jak dla niesłyszącej babci.
- Zrozumiałam, doktorze. Pytam tylko, gdzie znajdę dermatologa?
- Ostatnie piętro, wejdzie pani na oddział, skręci w lewo, potem w prawo… to znaczy najpierw w prawo… w prawo?… a nie, jednak w lewo.
Super. Wszystko jasne i przejrzyste.
- Dziękuję za pomoc. – specjalnie podkreśliłam słowo pomoc. Nie rozumiem, jak szpital państwowy może zatrudniać osoby takiego pokroju.

Pełna nadziei pognałam więc na najwyższe piętro. Skręciłam w lewo, potem w prawo… aż wreszcie moim oczom ukazały się drzwi z napisem – Miłosz M. lekarz dermatologii. Zapukałam, niestety nikt nie odpowiedział. W moje oczy rzuciła się wówczas mała karteczka z rozpiską godzin przyjęć. Byłam już 15 minut po czasie.
- Cholera… – zaklęłam pod nosem i wyczerpana opadłam na krzesełko w poczekalni.
Nagle drzwi otworzyły się, a z gabinetu wyszedł elegancki trzydziestolatek. I wiecie co? Był cholernie przystojny… tak, że odruchowo zacisnęłam swoje uda.
- Pani do mnie? – zapytał z uśmiechem na ustach, przypatrując się uważnie mojemu różowemu szlafrokowi, który właściwie więcej odkrywał, niż zakrywał.
- Tak! To znaczy… nie… – jąkałam się onieśmielona – Wiem, że pan skończył już pracę.
- A pani leży tu w szpitalu?
- Owszem, przysłano mnie z zakaźnego. Mam wysypkę.
- Dobrze… – powiedział, uchylając drzwi. – Zapraszam.
- Ale przecież…
- Spokojnie, autobus mi nie ucieknie. Zapraszam do środka.

Tak. Byłam napaliłam się na niego. Gdyby był ginekologiem to umarłabym ze wstydu, obnażając się przed nim. Taka byłam mokra…

CDN

Dowody zdrady?

Michał wrócił z pracy późnym wieczorem. Od momentu wyjścia Wiktora zdążyłam przygotować kolację, posprzątać mieszkanie i zrobić generalne porządki w swoim gabinecie. Przez ostatni rok zgromadziłam w nim nieprzebrane ilości zbędnych papierów, które już dawno powinny znaleźć się w śmietniku. Mniej więcej od godziny 20 siedziałam na kanapie przed telewizorem i przerzucałam kanały, w poszukiwaniu czegoś bardziej interesującego od programów o gotowaniu, tanich romansideł i krwawych filmów akcji. Ostatecznie moją uwagę przykuł ciekawy dokument o ekonomii współczesnego świata. Dowiedziałam się z niego mniej więcej tyle, że wszyscy jesteśmy bankrutami, a Chiny podbiją i zaleją cały świat – o ile wcześniej nie zrobią tego terroryści z bliskiego wschodu.

Trzaskające drzwi wejściowe powiadomiły mnie o przybyciu Michała.
- Wróciłem! – rzucił z korytarza, zrzucając buty i gramoląc się do salonu.
- Obudziłem Cię?
- Nie, nie. Skądże. Oglądałam właśnie dokument…
- Widziałem list.
- Wiem.
Na chwilę zapadła cisza. Przerwało ją dopiero ciche westchnięcie Michała.
- To Wiktor, prawda?
- Owszem – przyznałam szczerze.
Skołowany spojrzał na mnie płaczliwym wzrokiem.
- Wiedziałem, że prędzej czy później upomni się o swoją własność.
- Nie jestem czyjąś własnością! – wściekłam się.
- Nie o to mi chodziło. Byliście ze sobą bardzo długo… praktycznie żyliście jak mąż i żona. Nie wiem, czy tak długie relacje mogą odchodzić w niepamięć i nigdy nie wracać.
Wzięłam głęboki oddech i wymownie przewróciłam oczami.
- Naprawdę chcesz o tym teraz rozmawiać? Może lepiej będzie, jeśli zjemy kolację.
Skinął głową i posłusznie udał się do kuchni. Zrzuciłam z siebie miękki koc i podreptałam jego śladami.

Jedliśmy w milczeniu. Od czasu do czasu rzuciłam jakąś neutralną uwagę o pogodzie albo wydarzeniach na świecie, co on kwitował krótkim „aha”, „słyszałem o tym” tudzież „no coś podobnego!”. Było to do tego stopnia sztuczne i wymuszone, że po tych 20 minutach czułam się bardziej zmęczona, niż po całym dniu porządkowania domu. Michał podziękował za posiłek całusem w czoło i zabrał się za zmywanie. Tymczasem ja udałam się pod prysznic, a potem prosto do sypialni. Od nadmiaru wrażeń rozbolała mnie głowa. Nie miałam dziś ochoty na prowadzenie poważnych rozmów i podejmowanie decyzji, których jeszcze nie byłam pewna. Z szafki nocnej wydobyłam dwie tabletki ibuprofenu i popiłam je szklanką schłodzonej wody. W oczekiwaniu na efekt ich działania, ogarnęła mnie trudna do pokonania senność. Tak więc, nie czekając na Michała, oddałam się słodkiej utopii w ramionach Morfeusza.

Obudziłam się zlana potem, cała rozedrgana i rozgrzana, pomimo otwartych na oścież drzwi balkonowych. Próbowałam namacać dłonią włącznik od lampki nocnej, ale te trzęsły się niemiłosiernie. Wyczułam tylko chrapiącego obok Michała i to jego szturchnęłam ostatkami sił w nagi bok.
- Co jest… – szepnął zaspany.
- Ja… ja… coś mi jest. – wyjąkałam, unosząc się delikatnie z materaca.
- To znaczy?
- Nie wiem… – próbowałam powiedzieć więcej, lecz moje gardło spuchło i bolało niewyobrażalnie mocno.
W głowie zawirowało. Ogarnęły mnie mdłości.
- Niedobrze mi… – zdołałam tylko wystękać, a zatroskany Michał na rękach przeniósł mnie do toalety. Konałam tam w niewyobrażalnych męczarniach przez całe 15 minut. W tym czasie on znalazł termometr i pomógł mi zmierzyć temperaturę. Słupek rtęci wskazywał ponad 39 stopni.
- Jedziemy do szpitala! – zarządził.
- Przestań! Nie ma takiej potrzeby.
- Daj spokój! to musi być coś poważnego.
- Nie jest…
Kłóciłabym się się odrobinę dłużej, gdyby znów nie wstrząsnęły mną fale torsji.
Batalia słowna przegrana. Zarzucił na mnie cienki sweterek i natychmiast zawiózł na SOR.

Publiczna służba zdrowia ma to do siebie, że o każdej porze dnia i nocy pojęcie kolejki do lekarza urasta do rangi wyścigu o życie i przetrwanie. Tym razem jednak w poczekalni nie kłębiły się tłumy. Dlatego też bez trudu dało się zauważyć zawiniętego w koc pacjenta, bledszego od szpitalnej ściany, ze szklącymi się oczami i czerwonym nosem.

I tak, to był Wiktor. Wzajemna obecność podniosła nasze gorączki, lecz w zupełności wyrwała ze stanu otępienia. Nie potrafię Wam opisać, jak wyglądała mina Michała, ale jestem pewna, że tylko przez wzgląd na miejsce i stan zdrowia Wiktora nie spuścił mu potężnego łomotu. Potężne i silne pięści zacisnęły mu się same. Całe szczęście przyjęto nas po niespełna 30 minutach i to niemal jednocześnie. Zdiagnozowano ostrą anginę i zalecono pozostać w szpitalu, przynajmniej na 2-3 noce. Michał pojechał po moje rzeczy, a ja zostałam skierowana na oddział zakaźny.

Ależ owszem! Tak! Razem z Wiktorem!

CDN

Tyle jego we mnie…

Moją szyję i twarz pokryły gładkie jak płatki róż pocałunki, które jego cudowne usta dozowały mi bez jakichkolwiek oszczędności. Wdychałam boskie perfumy z męskiej skóry, marząc o chwili, w której jego sztywny pal znów przebije mnie jak kukłę. Ledwo oderwał się od mojej małej kobiecości, a już ociekałam szklistą rozkoszą tak obficie, że aż sam Wiktor nie mógł nadziwić się reakcji mojego ciała.- Jesteś mokra… – szeptał mi do ucha, wsuwając we mnie swoje długie palce.
- Odrobinkę.. – zaskomlałam zawstydzona.
- Ha! Wolne żarty! – parsknął ze śmiechu, przeczesując moje zmierzwione włosy ręką.

Przestał się śmiać, a potem spojrzał głęboko w moje oczy i dodał:
- Nie chcę niczego od życia poza Tobą. Teraz to wiem.
Uznałam, że nagła i pochopna odpowiedź nie będzie odpowiednim rozwiązaniem. Ale seks – owszem. Niewiele myśląc skierowałam na siebie jego twardą męskość i niejako sama nabiłam się na niego. Wszedł gładko, aż po same dorodne i jędrne kule. A ja wreszcie poczułam się dobrze. Brakowało mi tej nowej pasji, która w tym momencie rozpierała mnie od środka. Była teraz we mnie razem z nim. Wiktor jęknął, choć zwykle mu się to nie zdarzało. Wziął głęboki oddech i chwytając mnie za biodra pchnął tak mocno, że poczułam ból. Zaskomlałam cicho, a ten ponownie uderzył na mnie z całą swoją siłą, rozpraszając na moich sterczących piersiach przepraszające pocałunki. Kochał mnie brutalnie, lecz baaardzo powoli. Jak gdyby zapomniał o pośpiechu. Przecież wiedział, że inny facet obecnie dzieli ze mną łoże. To jednak nie przeszkodziło mu na spędzenie ze mną upojnych leniwych chwil. Niestety, gdy tylko poczułam go w sobie zupełnie straciłam resztki świadomego myślenia i dałam ponieść się chwili. Jego biodra jeszcze mocniej przywarły do mojego drobnego ciała. Pozwoliłam sobie wtedy opleść swoje nogi na jego biodrach, a spocone lekko włosy przeczesać palcami ku tyłowi. Tymczasem jego dłonie, w wyniku wyuzdanego masażu piersi i podbrzusza, wreszcie wylądowały na mojej pupie i mocno zacisnęły się na niej…

Cholera. Doszłam szybciej, niż przypuszczałam. A ten kolejny orgazm był tak nagły i tak silny, że właściwie odebrało mi mowę. Każde kolejne zagłębienie się w moim ciele wyrywało ze mnie tak głośny i tak maniakalnie brzmiący ryk, że na chwilę odpuścił seks i zbierając myśli opadł tuż obok mnie.

Czyż mogłabym pozwolić, aby odszedł niezaspokojony? Nigdy. Gdy tylko mój oddech względnie się unormował, pozwoliłam sobie rzucić się na niego niczym dzika kowbojka na rodeo i dosiąść go na jeźdźca! Ujeżdżałam go wyjątkowo mocno, drapiąc paznokciami do czerwoności skórę na jego piersiach. Już czułam, jak pulsuje. Już czułam, że wzbiera w nim ta nazbyt obfita rzeka, która zaraz zerwie tamę. I moje przeczucie jak zawsze okazało się niezawodne. Tama runęła, podobnie jak jego spokój. Chwycił otwartymi dłońmi moje piersi i ugniatając je lekko wytrysnął we mnie całą swoją obfitością. A ja nie przestawałam go ujeżdżać, dopóki biały nektar nie rozpłynął się po jego biodrach i udach.

Po wszystkim leżeliśmy w milczeniu…

Weronika

Nasz pierwszy-kolejny raz :)

Coś wspaniałego, niemożliwego do zapomnienia. Ja i on, znów razem w łóżku, które przecież od zawsze i na zawsze miało być naszym wspólnym. Tęskniłam za nim cholernie. Czułam to najsilniej w tym krótkim momencie, gdy jęcząc niczym nienasycona nimfomanka zdzierałam jego popielate bokserki. Jego penis wydawał się taki olbrzymi… znacznie większy, niż zapamiętałam. Obejmowałam go dłonią, przesuwając po jego twardym trzonie w górę i w dół. A on dyszał ciężko nade mną, nie potrafiąc w tej całej euforii rozpiąć mojego biustonosza. Zaśmiałam się cicho. Nawet nieporadny był taki rozkoszny…

Ech. Wreszcie i ja pozbyłam się resztek ubrań… i  resztek godności. Michał mógł wrócić w każdej chwili i nakryć mnie w łóżku z dawnym partnerem. Jak mógłby wtedy się poczuć? Zgaduję, że jak kompletny frajer. Wykorzystany, zażenowany, zniesmaczony. Znienawidziłby mnie w jednej krótkiej chwili. Choć i tak mnie już nie kocha – jestem pewna. Pewna, jak tego, że Wiktor w całym swoim życiu nie pragnął mnie tak mocno. Pasja, która przez niego przemawiała, sączyła się teraz w postaci wyrafinowanych pieszczot mojej łechtaczki. O tak… jego język potrafi być tak gładki i zmysłowy, że doprowadza mnie tym do szaleństwa. Doskonale o tym wie i wykorzystuje to tak często, jak tylko właściwie to możliwe.  Sytuacje, w których lądowaliśmy w łóżku, a on nie zaczynał zadowalania mnie od minetki, należały do sporadycznych. Tymczasem Michał jest w tej sztuce dość przeciętny w porównaniu do Wiktora. Tylko Wiktor przez tyle lat posiadł tą trudną sztukę umiejętnego całowania moich intymnych usteczek. Sekretem jest, by zaangażować w to całe usta. Ciepłe męskie wargi powinny być dobrze wyczuwalne przez cały czas, a języczek niezbyt szybki. Gdy elastyczny organ powoli prześlizguje się między łechtaczką a mięsistymi wargami, staranniej można wyczuć jego każde drżenie i każdy spokojny ruch.

Wiktor doprowadził mnie w ten sposób do dwóch orgazmów. Ten drugi nadszedł tuż po tym pierwszym, a ja krzyczałam spazmatycznie i nie przestawałam. Byłam już tak mokra, że śliski soczek zrosił całe moje uda, pośladki i prześcieradło pod nami. Tak bardzo rozsmakował się we mnie, że korzystając z chwili nadanego mi odpoczynku, zlizał ze mnie każdą nadmiarową kropelkę. Gdy językiem dotarł ponownie na moją clitoris, z moich ust wydarł się przeraźliwy ryk spełnienia.
- Cicho… głupia. – szepnął w moją stronę, nasuwając się na mnie całym ciężarem ciała. Był przy tym taki spokojny i taki pewny siebie, że prawie zapomniałam o dzielących nas wydarzeniach, pełnych bólu i nienawiści. Pragnęłam go silniej niż nawet na początku związku. Pomimo tak różnych osobowości istnieje siła, która nie pozwala nam się rozdzielić. Coś nas ku sobie przyciąga. A z magnetyzmem nie da się wygrać. To niezbadania siła fizyki, z którą po prostu trzeba się zgadzać i za nią podążać, co niniejszym czyniłam.

CDN.

Weronika